Forum
   
Forum

Polecamy

Nowoczesna parafia

Papieże wobec kwestii żydowskiej

Ochrona życia – prawo a edukacja

Dekalog demokracji

Młodzi o przeszłości i przyszłości

Deklaracja europejska

Deklaracja europejska Chrześcijan Żydów i Muzułmanów

Przeciwko antysemityzmowi

Indeks nazwisk

Indeks tematów

Fundacja Kultury Chrześcijańskiej Znak

Fundacja Kultury Chrześcijańskiej Znak

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

Recenzje »

Bin Laden i inni

Anna Pawlikowska


18-05-2011 / AP

Ta historia opowiedziana wytwornym arabskim stylem nasuwającym skojarzenia z baśniami Szeherezady, porusza i wstrząsa. Pozwala też wniknąć głębiej w islamską mentalność i samodzielnie ocenić, czy Osama Bin Laden był wiernym synem islamu, czy też jego deprawatorem.


Choć trzonem tej książki i zarazem jej genezą są wspomnienia syna zabitego niedawno przez Amerykanów przywódcy Al-Kaidy (wydane w USA dwa lata temu), uwagę przykuwa przede wszystkim niezwykła relacja pierwszej żony Osamy. Zadaje ona kłam mniemaniu, iż w świecie arabskim kobiety są jedynie przedmiotem, nie podmiotem życia rodzinnego. Przedmiotem istotnie się stała, ale dopiero w rękach Osamy. Zanim to jednak nastąpiło, sama podjęła decyzję – skądinąd zgodną z oczekiwaniami rodziny – by w wieku lat 15-tu poślubić starszego o rok kuzyna, który ujął ją łagodnością obejścia, nielicującą z wiekiem powagą i urodą. W ten sposób ze świata, z którym Nadżwa Ghanem w pełni się utożsamiała – i w którego ramach dopuszczalne było kontestowanie tradycji, np. w kwestii stosowności ubioru młodej dziewczyny – przeniosła się do coraz bardziej zaciskającego się kręgu religijnych obsesji przyszłego założyciela Al-Kaidy.

Sama Arabia Saudyjska, którą młodziutka Nadżwa powitała stawiając na schodkach samolotu wiozącego ją z Syrii swoje pierwsze kroki w abaji, czarnej szacie zakrywającej kobiety saudyjskie z głową i twarzą, mimo wszystkich ograniczeń, które tu na nią czekały, z perspektywy lat miała się okazać dla niej oazą wolności.
Tu konieczne jest zastrzeżenie: to słowo nie figuruje w słowniku Nadżwy Bin Laden, ani też nie ma takiego pojęcia w jej umyśle. Stale jednak w jej słowach przebija tęsknota za jakimś minimum autonomii, tęsknota, która kazała jej w pewnym momencie skonstatować – gdy z dziewczęcych pasji zostało jej tylko kontemplowanie dawnych wrażeń – że jest „artystką bez farb i palety, rowerzystką bez roweru, malarką bez malowania oraz tenisistką bez rakiety tenisowej, piłki i kortu”...

Zamiast wolności – posłuszeństwo. Ta substytucja jest niesłychanie wyraźna we wspomnieniach żony Bin Ladena. Oznacza ogromny duchowy wysiłek włożony w poddanie się woli męża i poddanie się warunkom, które on stwarza. Tylko na tej drodze Nadżwa poszukuje wewnętrznej równowagi. Gdy czuje, że ją traci – oznacza to dla niej, że jeszcze za mało, zbyt słabo się podporządkowała. Codzienna lektura Koranu, którą praktykuje za radą swojego duchowego przewodnika – Osamy, umacnia ją w tym. I prowadzi przez kolejne próby. Pierwszą poważną próbą była konieczność wyrażenia zgody na jego kolejne małżeństwo. Bin Laden okazał jej przy tym tyle szacunku i zaufania, że obiecał, że nie ożeni się powtórnie, póki ona się nie zgodzi, co nie jest wcale normą. Potem były kolejne – np. zmuszanie całej rodziny: czterech żon i wszystkich dzieci, nawet tych najmniejszych, do nocowania na gołej ziemi na pustyni w ramach treningów przetrwania. Jedna z kobiet, druga żona Chadidża, w następstwie takich prób poprosiła o rozwód – którego Osama jej udzielił, pozwalając zabrać dzieci. Gdy w końcu przyszło do koczowania w górach Tora Bora czy w afgańskiej bazie Al-Kaidy, w warunkach rozpaczliwych, Nadżwa była już dobrze wytrenowaną w bezwzględnym posłuszeństwie niewolnicą.

Dodać trzeba, że od pewnego momentu Bin Ladena ogarnęła mania „życia jak prorok”. A że prorok nie miał lodówki i nie używał klimatyzacji, cała rodzina dusiła się w Dżuddzie czy w Darfurze w nowoczesnych budynkach, które jedynie potężne klimatyzatory mogły uczynić znośnymi w tamtym klimacie. Postulat upodobnienia się poziomem życia do Mahometa jakoś dziwnie jednak nie dotyczył najnowszych i najdroższych samochodów, które od dzieciństwa były pasją Osamy, ani też skomplikowanego technicznie uzbrojenia...
O tym jednak dowiadujemy się nie od Nadżwy – której decyzja o pozostawieniu męża, po 27 latach małżeństwa i urodzeniu jedenaściorga dzieci, zakrawa na cud – ale od jej syna Omara, który przez dwa lata ją do tego namawiał.

Relacja Omara – daleka od naładowanej dramatyzmem stosowności i elegancji cechującej narrację jego matki – także obfituje w niezwykłe szczegóły. Ich osią jest nieskomplikowany, bo oparty na pedagogice kija i terroru psychicznego, system wdrażania chłopców do bezwzględnego posłuszeństwa względem ojca. Zwieńczeniem sekwencji obrazów sadystycznych egzekucji i okrutnych prób wytrzymałościowych, którym był poddawany Omar i jego bracia, jest los jego trzynastoletniego kolegi w Darfurze. Zgwałcony przez kilku żołnierzy z bojówki Al-Dżihad i skompromitowany zdjęciami tego aktu, które zaczęły krążyć wśród islamistów, został przez kapturowy sąd skazany na śmierć. Tak skończyło się dzieciństwo Omara i zaczęło jego powolne wyzwalanie spod wpływu ojca i jego obłąkanego świata.

Udało się to tylko pięciorgu z jedenaściorga dzieci Nadżwy. Los pozostałych nie jest znany – zostały z ojcem w Afganistanie i nie wiadomo, czy przeżyły amerykańskie naloty odwetowe na bazy Al-Kaidy.

Wątek osobistych losów z jest oczywistych względów w tej książce najważniejszy. W ich kontekście śmierć Osamy Bin Ladena w jego pakistańskiej twierdzy musi wzbudzać uczucie ulgi na myśl o wyzwoleniu z jego rąk kolejnych kilkanaściorga dzieci. Natomiast dla kontekstu politycznego najistotniejszy wydaje się fragment, mówiący o celu terrorystycznych ataków według szefa Al-Kaidy. Zapytany, czemu celem tych ataków nie jest znienawidzony Izrael, lecz odległa Ameryka, Bin Laden wyjaśnił synowi:
„Najpierw zniszczymy Amerykę. Doprowadzą do tego nie porażki militarne, ale klęska ekonomiczna. Sprawimy, że jej gospodarka się załamie. Kiedy się to stanie, Stany Zjednoczone przestaną dostarczać Izraelowi broń, ponieważ nie będzie ich na to stać. (...) Tak zrobiliśmy ze Związkiem Radzieckim. (...) Rosjanie wydali wszystkie swoje pieniądze na wojnę. Potężny naród padł na kolana przed bojownikami broniacymi Afganistanu. Ro samo stanie się z Ameryką i Izraelem, tylko musimy być cierpliwi”.

Epilog tej historii, który ekonomiczna prasa dopisuje kilka tygodni po zabiciu Bin Ladena*, wydaje się stanowić potwierdzenie nadzwyczajnych zdolności kalkulacyjnych tego terrorysty. Widocznie nie na darmo wygrywał swego czasu – jak można się dowiedzieć z kart tej książki – wyścigi z kalkulatorem, kto szybciej poda wynik najbardziej skomplikowanych obliczeń...

Anna Pawlikowska

* Jak czytamy, po raz pierwszy w historii notowań wiarygodności kredytowej – czyli od 1941 r. – Ameryka została oceniona negatywnie. „Jeszcze dekadę temu Stany Zjednoczone miały zrównoważony budżet i dług publiczny na poziomie 56 proc. PKB. Jednak w kolejnych latach amerykański rząd rzucił rękawicę terrorystom po atakach z 11 września, rozpoczął wojny w Afganistanie i Iraku. Wydatki na obronę narodową wzrosły w USA z 304,7 mld dol. w 2001 r. do 768,2 mld dol. 10 lat później (dla porównania, w 1991 roku wynosiły 273,3 mld dol.).
"Jakiekolwiek opóźnienie w wypłacie odsetek od długu sprowadzi amerykański rząd i rynki finansowe na nieznane terytorium i może wywołać następny katastrofalny kryzys finansowy" – ostrzegł amerykańskiego sekretarza skarbu Timothy’ego Geithnera dyrektor zarządzający JP Morgan Matthew Zames w liście z 25 kwietnia”. (Wyborcza.biz, 10 mają 2011)

 

do druku

poleć stronę