Forum
   
Forum

Polecamy

Nowoczesna parafia

Papieże wobec kwestii żydowskiej

Ochrona życia – prawo a edukacja

Dekalog demokracji

Młodzi o przeszłości i przyszłości

Deklaracja europejska

Deklaracja europejska Chrześcijan Żydów i Muzułmanów

Przeciwko antysemityzmowi

Indeks nazwisk

Indeks tematów

Fundacja Kultury Chrześcijańskiej Znak

Fundacja Kultury Chrześcijańskiej Znak

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

Recenzje »

Gniewczyna – opowieść podwójna

Anna Pawlikowska


19-02-2012 / AP

 „Gniewczyna nie była wsią wyjątkową, jeśli chodzi o los zamieszkujących ją Żydów, nie wyróżniała się też liczbą żydowskich ofiar – w innych wsiach było ich może nawet więcej” – stwierdza pod koniec swojego eseju Alina Skibińska.


Gniewczyna, miejsce domu Trynczerów /fot. Internet

Gniewczyna, miejsce domu Trynczerów /fot. Internet

Jej tekst stanowi dopowiedzenie historyka do świadectwa złożonego przez Tadeusza Markiela na temat zbrodni, której był świadkiem jako 12-letni chłopak w swojej rodzinnej wsi, zbrodni, popełnionej w sąsiedztwie, wśród najbliższych sąsiadów.
Istotnie, w gminach powiatu przeworskiego i sąsiadujących z nim badacze naliczyli 37 wsi, w których doszło do morderstw na Żydach, popełnianych przy znaczącym lub walnym współudziale polskich mieszkańców, najczęściej szanowanych obywateli, członków Ochotniczych Straży Pożarnych. Nawiasem mówiąc, do bestialskich łowów na ukrywających się po polach i zagajnikach ludzi dochodziło także i w Markowej, w której obecnie, nakładem wielu milionów złotych, powstaje Muzeum Polaków Ratujących Żydów.

Gniewczynę na ich tle wyróżnia postać świadka, Tadeusza Markiela. Nie był jeszcze pełnoletni, gdy w 1946 r. rozpoczął się pierwszy proces sprawców zbrodni; gdy w 1954 r. uniewinniano głównego sprawcę, Markiel już studiował w Warszawie. Pamięć zbrodni nurtowała go przez lata. W 2006 r. zakończył spisywanie wspomnień, które w skróconej wersji opublikował dwa lata później w „Znaku” (2008 nr 4), jednak ten wstrząsający tekst, mimo rekomendacji Dariusza Libionki nie wzbudził wówczas większego odzewu. Choć przecież treść była porażająca: oto działając pod wodzą instruktora lokalnej Straży Pożarnej kilku mieszkańców Gniewczyny – określanych przez autora jako „mafia”, w którym to pojęciu mieściło się także ich uczestnictwo w miejscowych oddziałach partyzanckich – uwięziło dwie ukrywające się gniewczyńskie rodziny żydowskie w opuszczonym domu jednej z nich. Przez dwa dni sprawcy gwałcili zbiorowo kobiety i torturowali mężczyzn, by wydobyć z nich informacje o ukrytym mieniu. Nie o skarbach czy majętnościach, bo zarówno Trynczerowie, jak i druga z uwięzionych rodzin, Adlerowie, byli ubogimi wieśniakami – chodziło o ubrania, buty, pierzyny... Gdy już ten cel osiągnęli, sprowadzili niemieckich żandarmów, którzy na miejscu dokonali egzekucji. Od kul zginęły trzy kobiety (jedna z nich w zaawansowanej ciąży), dwóch mężczyzn i sześcioro dzieci, z których najmłodsze miało rok. Zakopano ich w dole za zabudowaniami, a mieszkańcy wsi opowiadali sobie potem, jak jeszcze wiele godzin później ruszała się ziemia w tym miejscu.

Relacja Markiela zawiera kilka elementów potęgujących grozę tej zbrodni. Oto dom Trynczerów, po opuszczeniu go przez ukrywającą się rodzinę przerobiony w strażnicę OSP, w którym przetrzymywano więźniów, położony w  centrum wsi sąsiadował nieomal z kościołem, był widoczny zewsząd – a mimo sprawcy nie obawiali się wzroku sąsiadów. Owszem, bronili niepowołanym zbytniego zbliżania się do miejsca żydowskiej kaźni, nie na tyle jednak, by chłopcu nie udało się wejść do domu w poszukiwaniu jednego z gniewczyńskich chłopów. Poruszenia we wsi nie wzbudziła też jedna z kobiet, której udało się uciec. Biegła przez wieś w poszukiwaniu ratunku, jednak oprawcy dopadli ją i ostatecznie nie uniknęła swego losu.

100-stronicowy tekst Tadeusza Markiela jest główną częścią książki wydanej przez Centrum Badań nad Zagładą. Obszernym omówieniem historycznym opatrzyła go Alina Skibińska, badaczka dziejów Zagłady na polskiej prowincji; trzecią, w pewnym sensie kluczową część stanowi aneks zawierający fragmenty akt z powojennych procesów i korespondencji.
Relacja Markiela jest tu obszerniejsza od wersji zamieszczonej w „Znaku”. Opowiada o tej dramatycznej zbrodni i relacjonuje śmierć innych gniewczyńskich Żydów, a oprócz tego rysuje pejzaż podkarpackiej wsi „w czas wojny” (to tytuł wspomnień Markiela), przefiltrowany przez świadomość i wrażliwość kilkunastoletniego chłopca, wzbogacony jego późniejszymi przemyśleniami wieku dojrzałego. Pejzaż ten jest mroczny, nasycony obrazami chłopskiej, męskiej brutalności i bezwględności, dotykającej nie tylko kasty wyklętych – Żydów, ale każdego, kto w hierarchii stoi niżej i może się stać ofiarą chciwości czy pożądliwości.

„Było społeczne przyzwolenie na dręczenie Żydów i zwierząt domowych” – pisze Markiel i nie oszczędza czytelnikowi przykładów jednego i drugiego, sięgając także do czasów przedwojennych. W rozdziale „Bezprawie czasu okupacji” ukazuje, jak to przyzwolenie zamieniło się w święte prawo, rozszerzając się dodatkowo każdego, z kim miało się jakieś zadawnione porachunki lub kto wzbudzał zawiść. Władzę we wsi sprawowała „mafia” – kilkunastu mężczyzn z OSP i zbrojnych oddziałów, mających układy z lokalną policją granatową. Markiel w gwałtownych słowach oskarża też miejscowy kler, który jego zdaniem musiał mieć pojęcie o zbrodniczym stosunku „mafii” do żydowskich współmieszkańców. Owszem, udział Kościoła w kształtowaniu wiejskiego antysemityzmu jest niewątpliwy, ale Alina Skibińska w swojej części książki zwraca uwagę, że w krytycznym momencie zbrodni w domu Trynczerów w parafii gniewczyńskiej znajdowała się zupełnie nowa „obsada” księży, których autorytet wśród miejscowych wcale nie musiał się okazać wystarczający, by chociaż napiętnować sprawców.
Ale wylicza też Markiel postaci należące do gniewczyńskiej elity – z której wywodził się m.in. Antoni Chruściel, ps. „Monter”, dowódca Warszawskiego Okręgu AK w czasie Powstania Warszawskiego (wobec którego Markiel zaznacza swój krytycyzm), czy Feliks Młynarski, profesor bankowości, szef Banku Emisyjnego w Generalnej Guberni (od jego nazwiska pochodzi obiegowa nazwa okupacyjnych marek – „młynarki”). Listę kilkunastu najwybitniejszych krajan kończy wzmianka o dziesięciorgu młodych ludziach – maturzystach i licealistach, którzy stanowili trzon tutejszej placówki Armii Krajowej i wsławili się wieloma bohterskimi czynami.

Domniemany udział niektórych spośród nich w zbrodni gniewczyńskiej stanowi bolesny kontrast z ich heroiczną kartą akowską, zaś dociekanie winy przez powojenny wymiar sprawiedliwości mogło być bardzo łatwo uznane za rozprawę z podziemiem niepodległościowym, które na tych terenach aktywnie działało do połowy 1947 roku. Po wojnie odbyły się procesy, w których głównymi oskarżonymi były dwie osoby: akowiec i członek oddziału partyzantki antykomunistycznej Jan Konieczny oraz – w odrębnej sprawie – Józef Lasek, wspomniany komendant rejonowy straży pożarnej. Koniecznemu postawiono zarzut kilku zabójstw, a przy okazji świadkowie powiedzieli o jego udziale w gniewczyńskim Judenjagd. Jednak nikt nie odważyl się zaświadczyć, że widział Koniecznego w tej akcji, a jedynie, że ktoś – i nigdy nie było wiadomo, kto – o tym mówił. Oskarżonego uniewinniono. W podobny sposób uniewinniono też kilka lat później Józefa Laska. Nie znalazł się żaden bezpośredni świadek jego zbrodni na Żydach (zarzucano mu wydanie na śmierć także innych osób), zaś ci, którzy początkowo jednoznacznie wskazywali jego winę, w trakcie procesu stopniowo łagodzili swoje zeznania. Ostatecznie sąd nie znalazł żadnego dowodu przeciwko Laskowi. Żaden z około dziesięciu sprawców gniewczyńskiej kaźni nie poniósł kary.

Dziś, po 70 latach od tamtych wydarzeń, głos naocznego świadka zbrodni i wspomagający go głos historyka powinien rozbrzmieć jak najdonośniej. Służyć ma temu wydana przez Centrum Badań nad Zagładą Żydów książka, na którą w środowisku zajmującym się tą trudną tematyką czekano od wielu miesięcy.

Przejmująca, niezwykle emocjonalna narracja Tadeusza Markiela została przez wydawcę potraktowana sumiennie, jak tekst źródłowy. Dokonano nielicznych skrótów, zachowano oryginalną stylistykę, dokonując jedynie najkonieczniejszych korekt językowych i interpunkcyjnych. Opowieść ta jednak nie jest źródłem sensu stricto – powstawała wiele lat po wojnie i ma walor pamiętnikarski, lecz nie źródłowy. Dopowiedzenie historii gniewczyńskich wydarzeń z 1943 r. przez Alinę Skibińską jest – jak sama pisze we wstępie – rezultatem jej osobistych przeżyć związanych z lekturą pierwszej edycji wspomnień Markiela. Badaczka nawiązała kontakt z autorem, przeprowadziła z nim szereg wywiadów i rozmów, wydobyła z archiwów zdumiewająco dużo dokumentów związanych z wojenną przeszłością rodzinnej wsi pana Markiela oraz losami bohaterów jego opowieści. Celem jej opracowania stało się, jak stwierdza, zgromadzenie jak największej ilości informacji o opisanych przez niego wydarzeniach, uściślenie faktów, osadzenie ich w okupacyjnych realiach.

Powstał stustronicowy (również) esej naświetlający historię tej podkarpackiej wsi, z uwzględnieniem niedługich dziejów jej żydowskiej społeczności (dopiero w 1867 r. zniesiono zakaz osiedlania się Żydów na tych terenach wiejskich) i jej ostatnich przedstawicieli, których losy stały się kanwą rozdziału „Imiona, najkrótsze opowieści”. Historia Zagłady w tych okolicach udokumentowana jest najlepiej w odniesieniu do Przeworska – i na tej podstawie, a także w oparciu o inne dokumenty tego czasu, autorka odtwarza przebieg likwidacji małej wspólnoty żydowskiej, a potem polowania na niedobitków. Opisane przez Jana Grabowskiego („Judenjagd. Polowanie na Żydów 1942-1945”, Warszawa 2011) mechanizmy tworzenia przez okupanta wiejskich struktur zaangażowanych w łapanie ludzi tu zobrazowane są konkretnymi przykładami. Skibińska weryfikuje dane przekazane przez Markiela, korzystając z akt sądowych, dokumentów ekshumacyjnych tropi losy ofiar gniewczyńskiej zbrodni, ujawnia sprzeczności i podkreśla niejasności dotyczące jej przebiegu. Ten fragment książki jest w spełnieniem intencji Tadeusza Markiela – by upamiętnić imiona zamordowanych na progu domu Lejby Trynczera kobiet, mężczyzn i dzieci.

Dla dziesiejszego dyskursu niezmierną wagę mają te fragmenty książki, które mówią o uwikłaniach i uwarunkowaniach sprawców i świadków zagłady gniewczyńskch Żydów. Wszak Gniewczyna i pobliska Tryńcza mają swoją bohaterską kartę w okresie działania na tym terenie silnego oddziału AK, a potem antykomunistycznego podziemia. Ci sami ludzie, o których można opowiadać krzepiącenarodowego ducha historie, albo sami zamieszani byli w zbrodnie przeciwko Żydom, albo byli ich przyzwalającymi, biernymi świadkami. Procesy powojenne natrafiły we wsi na solidarny mur milczenia, który nie pozwolił nikogo skazać. Można sobie łatwo wyobrazić, że powodem był nie tylko szacunek dla partyzanckiej przeszłości niektórych protagonistów, ale też inne względy – te same, za sprawą których cała ta historia miała zostać na dobre zapomniana.
Nie zapomniał Tadeusz Markiel, choć przez wiele lat milczał, czekając, aż zejdą ze świata ci, którzy mieli na rękach krew. Ale i tak, gdy wreszcie zaczął mówić o tym, co stało się w Gniewczynie w listopadzie 1942 r., znalazł się jeszcze ktoś, kto jego dom obrzucił kamieniami...

Anna Pawlikowska

 Tadeusz Markiel, Alina Skibińska, "Jakie to ma znaczenie czy zrobili to z chciwości?" Zagłada domu Trynczerów, wyd. Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów, Warszawa 2012.

do druku

poleć stronę