Forum
   
Forum

Polecamy

Nowoczesna parafia

Papieże wobec kwestii żydowskiej

Ochrona życia – prawo a edukacja

Dekalog demokracji

Młodzi o przeszłości i przyszłości

Deklaracja europejska

Deklaracja europejska Chrześcijan Żydów i Muzułmanów

Przeciwko antysemityzmowi

Indeks nazwisk

Indeks tematów

Fundacja Kultury Chrześcijańskiej Znak

Fundacja Kultury Chrześcijańskiej Znak

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

Recenzje »

Argo, f*** yourself

Anna Pawlikowska


28-02-2013 / AP

Gdyby film "Argo" nosił tytuł "Canadian Caper" – jak historia ochrzciła wydarzenia, o których w nim mowa – Ben Affleck nie tylko musiałby pożegnać się z nadzieją na Oskara, ale może nawet nie postawiłby stopy na czerwonym dywanie pod Dolby Theatre.


Ben Affleck jako Tony Mendez, bohaterski agent CIA /fot. Internet

Ben Affleck jako Tony Mendez, bohaterski agent CIA /fot. Internet

Kinematografia amerykańska ma duże doświadczenie i poważne osiągnięcia, jeśli chodzi o polityczne thrillery. Film Bena Afflecka opowiadający o ucieczce sześciorga amerykańskich pracowników konsularnych z oblężonej przez Irańczyków ambasady USA (1979) doskonale wpisuje się w te tradycję. A jest nią takie przekazanie fikcji, żeby niewprawne oko nie było w stanie odróżnić jej od historycznej rzeczywistości.

Można uznać to za rodzaj metafory – w końcu „Argo” to film o operacji pod przykryciem. Czy zatem użycie w scenariuszu mylących chwytów nie jest jeszcze jednym sposobem przybliżenia widzowi natury tego rodzaju akcji?

Fabuła i historyczne tło tego najgłośniejszego obecnie filmu jest zapewne wszystkim doskonale znane, streszczam je więc telegraficznie – sześcioro pracowników dyplomatycznych w dramatycznych warunkach oblężenia amerykańskiej ambasady ucieka na ogarnięte rewolucją islamską ulice Teheranu. Znajdują schronienie w rezydencji ambasadora Kanady, skąd po kilku tygodniach wydostaje ich i bezpiecznie przewozi samolotem do Szwajcarii agent CIA Tony Mendez. Żeby to uczynić, tworzy przy pomocy dwojga filmowców z Hollywood „legendę”. Dyplomaci stają się kanadyjską ekipą filmową szukającą w Iranie plenerów do filmu s-f, którzy po udanym rekonesansie wracają właśnie do domu.

Tętno podnosi się widzom, gdy na trop ukrywającej się szóstki wpadają irańscy tajniacy, a scena pościgu za startującym samolotem – wymyślona oczywiście – jest warunkiem sine qua non sukcesu kasowego tego filmu.

Jednak nie o sensacyjne dodatki chodzi. Ich pojawienie się w scenariuszu wydaje się czymś wręcz nieodzownym, aby film mógł zdobyć serca szerszej publiczności. Gdy mówię o mistyfikacji, mam na myśli inne aspekty.

Zasadniczym jest podkreślona z całą dobitnością wierność realiom. Wykonawcy głównych ról są łudząco podobni – dzięki świetnej charakteryzacji i atrybutom – do pierwowzorów. Ich podobizny po odtajnieniu operacji „Argo”, znanej wówczas szerzej jako Canadian Caper (co można przetłumaczyć jako „kanadyjska sztuczka”), pojawiły się w wielu mediach, przypomniano je też w samym filmie. Poszczególne sceny odwzorowują z niezwykłą dokładnością znane z telewizyjnych migawek wydarzenia – sforsowanie bramy amerykańskiej ambasady, widoki tłumów na ulicach Teheranu, dramatyczne obrazki egzekucji „wrogów rewolucji”. Również sceneria Hollywood przeszła staranną charakteryzację według fotografii z 1979 r. – co podczas Oskarowej gali musiało się niezmiernie podobać.

Ta scenograficzna precyzja została wyraźnie podkreślona w zakończeniu filmu, gdy pojawia się długa sekwencja jego poszczególnych kadrów zestawionych z autentycznymi zdjęciami z ówczesnej prasy. Widz patrzy i doznaje miłego poczucia kontaktu z czymś autentycznym, do głębi prawdziwym. Chapeau!

Innym uwiarygodniającym zabiegiem jest podkreślenie we wprowadzeniu – subtelne, ale jednak – negatywnej roli amerykańskiej polityki jeśli chodzi o genezę islamskiej rewolucji. Krytyczne opinie na temat amerykańskiego figuranta, szacha Iranu, którego wydania domagali się Irańczycy w zamian za uwolnienie sześćdziesięciu amerykańskich zakładników, także miało służyć uwierzytelnieniu „Operacji Argo” jako filmu opowiadającego prawdziwie o prawdziwych wydarzeniach.

Co zatem budzi wątpliwość w tym sztafażu? Skąd niedowierzanie?

Otóż przede wszystkim była to jednak „kanadyjska sztuczka”, nie amerykańska. Inicjatywa wydobycia sześciorga uciekinierów na kanadyjskich papierach wyszła od ambasadora Kena Taylora i jego ottawskich mocodawców. Opracowano kilka wersji paszportów dla każdego z nich i przesłano je pocztą dyplomatyczną do Iranu. (Całe szczęście, że było ich więcej, bo po drodze CIA umieściło w jednym komplecie fałszywe wizy irańskie, które – jak się okazało na miejscu – wystawiono z idiotycznym błędem, nieuwzględniającym irańskiego kalendarza).

Kanadyjczycy zaopatrzyli również swoich podopiecznych w fałszywe karty kredytowe, rozmaite licencje, a nawet rachunki z restauracji w Toronto i Montrealu, żeby łatwiej zmylić irańskie służby. Ambasador powoli zwalniał kolejnych swoich pracowników i zastępował ich ukrywającymi się Amerykanami, by w końcu po prostu wywieźć ich jako kanadyjski korpus pomocniczy. Było to rzeczą wyobrażalną i możliwą, gdyż w odróżnieniu od filmowego wyobrażenia, na lotnisku w Teheranie nie było żadnych dodatkowych kontroli.

Pomysł „przykrywki” w postaci fałszywego filmu „Argo” był tylko twórczym rozwinięciem działań Taylora, a dwóch agentów – a nie jeden samotny wilk Mendez – przyleciało do Teheranu niedługo przed przed ustaloną przez Kanadyjczyków datą ewakuacji. Przywieźli swoją zwariowaną "legendę" – jak w służbach specjalnych określa się fałszywą tożsamość agentów – i dopełnili dzieła w 90 procentach wykonanego przez ambasadora Taylora i jego współpracowników.

W świetle tego można uznać, że zwieńczeniem mistyfikacji Afflecka jest sam tytuł filmu. Nazwa statku Jazona, z całym swoim starożytnym bagażem, do hollywoodzkiej "legendy" obmyślonej ad hoc przez dzielnego agenta pasuje jak pięść do nosa. Dlatego frazę, która miała służyć jako komediowy przerywnik podkreślający przypadkowość zmyślonej historyjki – "Argo f*** yourself" – można uznać za niezamierzone podsumowanie wysiłków scenarzysty.

W Kanadzie konsternację wzbudziła też podnosząca ciśnienie scena zagrożenia przez kanadyjskie władze zamknięciem ambasady przed ewakuacją Amerykanów. „To niewyobrażalne” – skomentował to Taylor w rozmowie z dziennikarzem "The Globe and Mail". – „Nie było o tym w ogóle mowy”. W rzeczywistości kanadyjski dyplomata z zamknięciem swojej placówki czekał tylko na zakończenie ewakuacji amerykańskich uciekinierów i tego samego dnia opuścił Iran wraz z pozostałymi pracownikami.

Można w zasadzie przyjąć, że to zafałszowanie roli Kanadyjczyków ma drugorzędne znaczenie i służy jedynie wzmocnieniu dramaturgii filmu. I chyba na tego rodzaju interpretację liczą jego twórcy. Sądzę jednak, że właśnie ono jest istotą sprawy i w jakiejś mierze wyjaśnieniem, dlaczego ten – wcale przecież nie wybitny, wręcz sztampowy film – zyskał najważniejszy amerykański laur, a osobą zwiastującą ten fakt była Pierwsza Dama USA. „Operacja Argo” ma bowiem przede wszystkim na celu ukazanie „ludzkiej twarzy” CIA w kontekście wydarzeń irańskich. Tymczasem historia Iranu potoczyłaby się zupełnie inaczej, gdyby nie bezprecedensowa i niesłychanie brutalna ingerencja amerykańskiego wywiadu w życie polityczne tego kraju, znana jako Operacja Ajax. Obalenie premiera Mossadegha i zastąpienie monarchii parlamentarnej autorytarną władzą uzależnionego od Zachodu i przekupionego przez agentów szacha mogłoby być bodaj jeszcze lepszym i bardziej sensacyjnym materiałem na film.

Możemy jednak być pewni, że dziś, gdy co kilka dni rozlegają się dramatyczne ostrzeżenia przed atomową bronią w rękach fanatycznych ajatollahów – do których obecnej wszechwładzy CIA niechcący przyłożyła rękę – taki film z pewnością nie powstanie. W każdym razie nie w Hollywood. A obraz tłumu dzikich Irańczyków żądnych krwi niewinnych amerykańskich dyplomatów jeszcze długo będzie rządzić wyobraźnią publiczności „krainy snów”.

do druku

poleć stronę