Forum
   
Forum

Polecamy

Nowoczesna parafia

Papieże wobec kwestii żydowskiej

Ochrona życia – prawo a edukacja

Dekalog demokracji

Młodzi o przeszłości i przyszłości

Deklaracja europejska

Deklaracja europejska Chrześcijan Żydów i Muzułmanów

Przeciwko antysemityzmowi

Indeks nazwisk

Indeks tematów

Fundacja Kultury Chrześcijańskiej Znak

Fundacja Kultury Chrześcijańskiej Znak

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

Punkt widzenia »

Watykanizmy

Anna Pawlikowska


15-03-2013 / AP

 Po ostatnim konklawe wszyscy „watykaniści” powinni nabić się w armatę i wystrzelić na księżyc, zabierając ze sobą biskupa Pieronka i księdza Lombardiego. Czy tak trudno było przewidzieć wygraną kardynała, który w poprzednich wyborach zyskał drugą lokatę?


 Czy naprawdę może to być powodem „szoku”, do którego przyznał się rzecznik Watykanu? I czy hierarchy, który w 2005 r. zdystansował kardynała Martiniego, naprawdę może „nie znać” biskup Tadeusz Pieronek? 

Tym, którzy nie śledzą watykańskich nowin zbyt pilnie, należy się informacja, że oprócz niezliczonych analiz, w których ani razu nie padło nazwisko kard. Jorge Mario Bergoglio, chodzi zwłaszcza o dwie wypowiedzi wspomnianych duchownych. Ksiądz Federico Lombardi , rzecznik Watykanu, bezpośrednio po wyborze wyznał:
- Nie wiem, co powiedzieć, jestem w całkowitym szoku, (...) muszę najpierw odnaleźć się w tej nowej sytuacji. 
Zaś biskup Pieronek stwierdził ze zdumieniem: „hominem nescio, nie znam człowieka”, myląc się nawet co do kraju jego pochodzenia.

Tymczasem dowiadujemy się – o czym nie-watykaniści pojęcia nie mieli, ale co przecież dziennikarze, którzy żyją z obserwowania rzymskiego Placu św. Piotra powinni pamiętać – że w czasie konklawe, w którym wybór padł na Josepha Ratzingera, jego najpoważniejszego kontrkandydata, kard. Carlo Marię Martiniego, w ostatnim głosowaniu pokonał nie kto inny, jak skromny argentyński arcybiskup, znany dziś jako papież Franciszek.

Jest to informacja, która pozwala wszystkie pobożne (??) życzenia wyrażane w formie proroctw w mediach całego świata zapakować do tego samego środka lokomocji, w którym umieściliśmy już „watykanistów” i skierować w podobne rejony galaktyki. A jakież to są proroctwa? Ano, że „wygrali reformatorzy” („La Reppublica”), że czeka nas „odejście od konserwatywnej i zachowawczej natury poprzednich dwóch papieży” („The Guardian”), że nowy papież „przezwycięży zacofanie” Kościoła ostatnich czterech dziesięcioleci („Corriere della Sera”) i będziemy mieć do czynienia z „postępową wizją Kościoła” („El Mundo”).

Te wszystkie nadzieje mógł istotnie ziścić już w 2005 r. kardynał Martini. Jego radykalny program odnowy Kościoła, znany od wielu lat, zakładał zwołanie trzeciego Soboru, dyskusję nad kolegialnością Kościoła i jego „odeuropeizowaniem” (zgodnym z aktualnym stanem katolicyzmu), przemyślenie stosunku do kapłaństwa, do kobiet, do sakramentów, do współczesnego świata. Temu programowi zdecydowanie przeciwstawił się kardynał Bergoglio, wystawiając przeciwko niemu swoją kandydaturę w poprzednim konklawe. Wszak gdyby chciał go poprzeć, czy choćby poddać dyskusji, swoje głosy oddałby w kwietniu 2005 r. Martiniemu.

Pewnym nieporozumieniem jest też zachwyt komentatorów „południową amerykańskością” nowego papieża. To prawda, że jego doświadczenie duszpasterskie i życiowe obejmuje problemy Kościoła Ameryki Łacińskiej, co rzeczywiście będzie miało olbrzymie znaczenie. Ale Bergoglio należy przecież do pierwszego argentyńskiego pokolenia rodziny włoskich imigrantów, mówiąc lapidarnie: jest Włochem, choć urodzonym w Argentynie. Jego język, kultura, obycie, ba – pojmowanie roli Kościoła – wszystko to musi nosić silne piętno włoskiej tradycji, zatem rewolucyjność wyboru „kardynała spoza Europy” na Stolicę Piotrową nie jest wcale tak oczywista.

Czy to znaczy, że będziemy w Kościele mieć „więcej tego samego”? Należy przypuszczać, że tak i że dokładnie o to chodziło elektorom, dobieranym wszak starannie przez ostatnie czterdzieści lat przez dwóch nader konserwatywnych papieży (choć konserwatyzm każdego z nich w czym innym się wyrażał). Zwłaszcza polscy biskupi, których zaangażowanie w życie polityczne bywa gorąco komentowane, mogą odetchnąć z ulgą: Cristina Fernandez de Kirchner, prezydent Argentyny, o kardynale Bergoglio mawiała, że jest najsilniejszą partią opozycyjną i miała mu za złe, że torpeduje modernizacyjny program prezydentury obojga Kirchnerów. Zyskali więc mocne wsparcie w Rzymie.

Nadzieję katolików, tak powszechnie oznajmianą przez światowe media, budzić może inny aspekt rozpoczynającego się pontyfikatu. Bezprzykładna skromność i eklezjalna powściągliwość papieża Franciszka, wyrażona choćby w zwyczajnym „dobry wieczór” na powitanie oczekujących go tłumów, może zwiastować nowy ton w sprawowaniu tego archaicznego urzędu. Jezuicka umysłowość przyodziana we franciszkańskie szaty rzeczywiście obiecuje tchnienie odnowy, zwłaszcza wobec wynurzającego się z morza przecieków prawdziwego oblicza tego bizantyńskiego molocha, jakim jest dzisiejszy Watykan. Czy poradzi sobie z nim sympatyczny papież o twarzy Woody’ego Allena? Odpowiedź możemy poznać dość prędko. Wskaże ją nominacja watykańskiego sekretarza stanu. Jeśli zostanie nim któryś z „kurialistów”, będzie to oznaczało nie co innego, jak to, że Moloch odniósł kolejne, może wręcz ostateczne zwycięstwo.

Post scriptum. Wśród duchownych użytkowników Facebooka krąży od wczoraj anegdotka mówiąca, że gdy nowo wybrany papież przywdział już białą sutannę, zbliżył się do niego papieski ceremoniarz chcąc mu założyć specjalną pelerynkę z czerwonego aksamitu obszytą gronostajami. "Niech ksiądz sam to włoży. Skończył się karnawał" – miał na to powiedzieć Franciszek. Oby!

do druku

poleć stronę