Forum
   
Forum

Polecamy

Nowoczesna parafia

Papieże wobec kwestii żydowskiej

Ochrona życia – prawo a edukacja

Dekalog demokracji

Młodzi o przeszłości i przyszłości

Deklaracja europejska

Deklaracja europejska Chrześcijan Żydów i Muzułmanów

Przeciwko antysemityzmowi

Indeks nazwisk

Indeks tematów

Fundacja Kultury Chrześcijańskiej Znak

Fundacja Kultury Chrześcijańskiej Znak

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

Punkt widzenia »

Bliskowschodnia szachownica

Anna Pawlikowska


27-11-2013 / AP

 Tymczasowe – co wszyscy sygnatariusze z mocą podkreślali, choć każdy z nich z innego powodu – porozumienie stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ i Niemiec z Iranem stanowi największy przełom w polityce bliskowschodniej od czasu podpisania egipsko-izraelskiego traktatu pokojowego.


 Jeszcze nie tak dawno irański minister spraw zagranicznych, który w niedzielę nad ranem w Genewie, rozpromieniony, wymieniał uściski ze swoim francuskim odpowiednikiem, ku zaskoczeniu wielu komentatorów stwierdził, że największym zagrożeniem dla światowego pokoju jest konflikt... szyicko-sunnicki. Wydarzenia ostatniego weekendu powinny przekonać tych, którzy na te słowa w ogóle nie zwrócili uwagi, że należy czym prędzej podjąć próbę zrozumienia, na czym ów konflikt polega. Bo to właśnie na tym polu nastąpiło zasadnicze przesilenie.

Na tych łamach trudno pokusić się o wielopłaszczyznowe przedstawienie problemu, z którym trudno się uporać największym ośrodkom analitycznym Zachodu. Poprzestańmy na krótkim przeglądzie szyków. Gdy w 1953 r. CIA, inspirowana przez wywiad brytyjski, doprowadziła do obalenia demokratycznie wybranego prezydenta Iranu Mohammada Mosaddegha, wydawało się, że ten religijny podział traci swoje znaczenie. Irański szyizm został poddany radykalnej westernizacji; wydawało się, że w tym samym kierunku prędzej czy później muszą pójść także kraje sunnickie, biorąc zresztą za przykład Turcję i Egipt. Rewolucja islamska w Iranie (1977 – 1979) powinna była obalić to przekonanie.

Najsilniejszym ośrodkiem szyizmu jest dziś irański reżim teokratyczny. Ma swoje wpływy wszędzie tam, gdzie szyici stanowią znaczący odsetek ludności – w Syrii, Libanie, Iraku. Jest tam motorem wojen domowych i krwawo tlących się konfliktów wewnętrznych. Nie waha się wchodzić w lokalne alianse z sunnitami, jeśli to służy jego interesom, jak w przypadku Hamasu. Wydaje się jednak, że obie strony nie mają wątpliwości, że jest to sojusz doraźny, który wygaśnie, gdy tylko zmieni się układ sił. Czyli właśnie teraz.

Z kolei sunnizm, któremu w Egipcie bezskutecznie usiłował przytrzeć rogi dyktator Hosni Mubarak, najmocniejszy swój ośrodek ma w krajach arabskich. Po zerwaniu stosunków amerykańsko-irańskich w 1979 r. jeszcze bardziej wzrosło znaczenie arabskich pól naftowych, co przełożyło się na osobliwy flirt Zachodu z najbardziej konserwatywnymi islamskimi reżimami religijnymi na świecie. „Arabska wiosna”, która zmiotła kilka bliskowschodnich i północnoafrykańskich dyktatur, w Bahrajnie, gdzie sunnicka mniejszość bez pardonu wyciska ostatnie soki z szyickiej większości, została stłumiona krwawo i bez litości. A także bez żadnych konsekwencji ze strony miłującego demokrację Zachodu.

W Egipcie po roku sunnickich rządów Bractwa Muzułmańskiego doszło do wojskowego zamachu stanu i dziś w butach Mubaraka przechadza się generał Abdel Fattah al-Sisi. Zachód odetchnął, choć stara się zachować pozory zatroskania o los demokratycznie wybranego prezydenta Mursiego, któremu nowy reżim grozi karą śmierci.

A co z raptownie postarzałym, lekko już szpakowatym i pozbawionym wigoru konfliktem izraelsko-palestyńskim? Przez kilkadziesiąt lat był to papierek lakmusowy światowej sytuacji politycznej. Dla bacznego obserwatora nie mogło być tajemnicą, że dla polityków obu stron tego konfliktu – w przeciwieństwie do obu zaangażowanych weń społeczeństw – jego podtrzymywanie ma więcej zalet niż wad. Od ostatniej niedzieli ta osobliwa równowaga uległa radykalnemu zachwianiu. Zarówno Benjamin Netanjahu, jak i Mahmud Abbas (nie mówiąc o Hamasie, pełniącym rolę straszaka dla obu tych panów), muszą się odnaleźć w tej nowej sytuacji, zwłaszcza w kontekście wiadomości, że potajemne negocjacje amerykańsko-irańskie poprzedzające genewską ugodę trwały już od roku.

Widać zatem, że na bliskowschodniej szachownicy są dziś cztery pola, podzielone liniami przebiegającymi między szyizmem a sunnizmem oraz między interesami USA i Rosji. To konstatacja o tyle istotna, że przez wiele lat trwały starania, aby ten pierwszy podział zneutralizować, w duchu zachodnioeuropejskiej laickiej mentalności. Dziś wraca on do gry politycznej jako pełnoprawny jej uczestnik. Jak ta nowa odsłona bliskowschodniej sceny przemieni jej dwóch głównych protagonistów? Jak zmieni się islam?

Anna Pawlikowska

do druku

poleć stronę