Forum
   
Forum

Polecamy

Nowoczesna parafia

Papieże wobec kwestii żydowskiej

Ochrona życia – prawo a edukacja

Dekalog demokracji

Młodzi o przeszłości i przyszłości

Deklaracja europejska

Deklaracja europejska Chrześcijan Żydów i Muzułmanów

Przeciwko antysemityzmowi

Indeks nazwisk

Indeks tematów

Fundacja Kultury Chrześcijańskiej Znak

Fundacja Kultury Chrześcijańskiej Znak

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

Przegląd prasy »

Judenjagd i krytycy

Rzeczpospolita

Opracowanie: Anna Pawlikowska


16-03-2011 / AP

Jan Grabowski w ważnej polemice z historykami IPN kwestionuje metodę swoich adwersarzy, którzy nie mając argumentów przeciwko najważniejszej tezie ostatnio wydanych książek o zabijaniu Żydów przez Polaków, próbują ją podważyć dezawuując kompetencje autorów.


Pomnik ofiar Holokaustu na cmentarzu żydowskim w Dąbrowie Tarnowskiej /fot. Internet

Pomnik ofiar Holokaustu na cmentarzu żydowskim w Dąbrowie Tarnowskiej /fot. Internet

Chodzi o trzy książki z całą ostrością stawiające problem współuczestnictwa pewnej części polskiego społeczeństwa w zagładzie Żydów, które znalazły się w księgarniach w ciągu ostatniego miesiąca: „Jest taki piękny słoneczny dzień...... Losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942-1945" Barbary Engelking, „Judenjagd. Polowanie na Żydów 1942-1945. Studium dziejów pewnego powiatu" – Grabowskiego oraz „Złote żniwa" Jana T. Grossa i Ireny Grudzińskiej-Gross), które.
Do publikacji Grabowskiego odniósł się w kolejnych dodatkach „Plus Minus" zarówno Piotr Gontarczyk („Jak złapią za rękę"), jak i Bogdan Musiał, który swoją recenzję w całości poświęcił pracy kanadyjskiego historyka („Judenjagd, czyli naukowy regres"). Obaj, zdaniem autora, próbują zanegować istotny fragment okupacyjnej rzeczywistości. Na wstępie Grabowski zaznacza więc, że fakty odsłaniane przez wszystkie trzy książki są niepodważalne i w ich świetle nie można mieć wątpliwości, że na wsiach polskich dochodziło do zabijania na masową skalę szukających pomocy Żydów. W miastach zresztą nie było lepiej, o czym wiadomo z wcześniejszych publikacji.

W swoim tekście autor koncentruje sie jednak na spornych kwestiach dotyczących jego własnej książki. „Zanim przejdziemy do jakichkolwiek rozważań interpretacyjnych, musimy zgodzić się co do jednego – mowa tu jest o ogromnej ilości ludzi, którzy stracili życie w latach 1942 – 1945. Mowa tu jest o zbrodniach, które wcześniej, niejako ryczałtem, historycy scedowali na konto Niemców. Jest tu mowa o mordach, które miały miejsce na całym terytorium Generalnego Gubernatorstwa. Jeżeli zgodzimy się, że fakty te miały miejsce, że mamy do czynienia z morzem ludzkiego nieszczęścia, to wtedy możemy zacząć się zastanawiać, jakie były jego przyczyny i co z tego wynika dla naszego rozumienia własnej przeszłości” – pisze Grabowski.

Polem jego badań był jeden rolniczy powiat, dość typowy dla charakteru stosunków polsko-żydowskich na wsi – Dąbrowa Tarnowska. „Wyniki tych badań napawają pesymizmem – udało mi się mianowicie prześledzić losy prawie trzystu miejscowych Żydów, którzy ukryli się na terenie powiatu po wywózkach do Bełżca i próbowali walczyć o przeżycie” – zaznacza autor. I dodaje: „Ogromnej większości się to nie udało – zazwyczaj zginęli na skutek bezpośredniej lub pośredniej akcji polskich sąsiadów, znajomych, czasem ukrywających ich gospodarzy. Jest rzeczą oczywistą, że powiat dąbrowski nie różnił się od innych powiatów o podobnej strukturze społecznej”.

Szczególnie dotknięty pracą Grabowskiego okazał się historyk Bogdan Musiał, a to z racji pochodzenia z jednej z wsi tego powiatu. Jego głównym zarzutem wobec autora „Judenjagd” jest pomijanie roli Niemców. Grabowski dowodzi, że zarzut ten jest zupełnie bezpodstawny, na co wskazuje nie tylko sam tytuł, wskazujący, iż polowanie na Żydów było częścią niemieckiego planu „rozwiązania kwestii żydowskiej”. Autor dużo uwagi poświęca niesłychanej brutalności akcji likwidacyjnych, traktując te wydarzenia jako przełomowe dla procesu „odczłowieczenia" Żydów w świadomości miejscowej ludności. Bestialstwa dokonywane przez Niemców i wciąganie do tych działań Polaków z granatowej policji czy junaków z Baudienstu spowodowały według Grabowskiego trwałe zmiany w mentalności ówczesnych mieszkańców wsi i miasteczek.

W pierwszej fazie „Judenjagd”, czyli tuż po zakończeniu masowych egzekucji i deportacji z gett do obozów zagłady, wyłapywanie uciekinierów i ukrytych w bunkrach Żydów odbywało się pod wodzą Niemców. Natomiast potem, gdy niedobitki tych akcji rozproszyły się po wsiach i lasach, kluczowa dla zamysłu niemieckiego okazała się współpraca z polską ludnością. Przykłady takiej współpracy są w książce bardzo liczne, jednak zdaniem autora nie oznacza to bynajmniej umniejszania roli niemieckich okupantów.

Grabowski zwraca uwagę, że także inny zarzut Musiała jest chybiony, bowiem stosunek autora do żydowskich relacji warunkowany jest ich unikalnością i celem ich spisania, nie zaś rasą autorów, co zdaje się sugerować IPN-owski badacz, zaś wnioski wyciągane przez autora z relacji niemieckich są w najwyższym stopniu ostrożne i nacechowane krytycyzmem. „Gdyby Musiał zadał sobie trud uważnej lektury [książki], dostrzegłby, że do zeznań niemieckich podsądnych podchodzę ze skrajną ostrożnością – vide deklaracje inżynierów pracujących w tarnowskim starostwie, którzy kłamią jak najęci o roli własnych podopiecznych, polskich junaków z Baudienstu w likwidacji gett. Vide również przekłamane deklaracje tarnowskich i dąbrowskich gestapowców, które zestawiam z relacjami polskimi i żydowskimi” – podkreśla Grabowski w swoim artykule. Podobnie nietrafiony jest jego zdaniem argument o braku wzmianek na temat roli niemieckiej propagandy w stosunku Polaków do Żydów. Tymczasem właśnie Grabowski jest autorem obszernego studium poświęconego temu zagadnieniu. Nb, daleki jest przy tym od przypisywania jej zbyt dużej skuteczności – może za wyjątkiem wątku antysemickiego tej propagandy, który był ziarnem padającym na podatny grunt.

Wobec zarzutu nieuwzględnienia przez badacza psychozy strachu przed niemieckimi represjami, panującej zdaniem jego adwersarza na wsi, Grabowski proponuje swoisty eksperyment mentalny. „Trudno mi jakoś wyobrazić sobie scenę, w której miejscowi chłopi, złapawszy dziewczynę z Armii Krajowej z obwodu Drewniaki (tak właśnie nazywał się dąbrowski okręg AK), gwałcą ją, a potem wloką na powrozie na najbliższy posterunek niemieckiej żandarmerii, na śmierć. Czy państwo są w stanie sobie taką scenę wyobrazić?” – pyta Grabowski. To wszakże opis jednego z licznych w jego książce przypadków udanego polowania na Żydów, które zwykle miało dość podobny przebieg. „(...) Członkowie wiejskich wart nocnych, uzbrojeni w co popadnie, zazwyczaj w szpadle, drągi, widły, niekiedy w dostarczony przez Niemców karabin, łapali ukrywających się we wiosce Żydów. Od czasu do czasu organizowano obławy, żeby wyszukać Żydów ukrywających się w pobliskich laskach. Następnie złapanych bito (po to choćby, żeby wymusić informacje o legendarnym żydowskim złocie), czasem gwałcono i torturowano, a następnie odwożono na żandarmerię” – stwierdza autor. I podkreśla: „A przecież tolerowanie obecności zakonspirowanego AK-owca pociągało za sobą dokładnie taką samą karę śmierci jak ukrywanie Żyda”. Ta różnica w podejściu do ukrywających się Żydów i ukrywających się partyzantów jest zdaniem Grabowskiego kluczowa i wskazuje na brak społecznego przyzwolenia na pomoc Żydom. Przy czym nie chodzi tu badaczowi o zwykłą odmowę pomocy – traktowaną przez niego jako zachowanie w gruncie rzeczy neutralne – ale o aktywne włączenie się w prześladowanie Żydów.

Jan Grabowski broni też przyjętego przez siebie założenia metodologicznego – oparcia badań wyłącznie na trzech rodzajach źródeł – dokumentach procesów z „dekretu sierpniowego”, relacjach żydowskich dotyczących tego obszaru oraz zapisach przesłuchań niemieckich sprawców przed sądami w Niemczech. Żadne z tych źródeł nie było do tej pory opracowane historycznie i zdaniem autora łącznie przynoszą one wyrazisty i prawdziwy, choć na pewno niepełny – w sensie liczbowym – obraz sytuacji Żydów ukrywających się w powiecie dąbrowskim. Wiele przypadków zabijania Żydów przez miejscową ludność, a być może też ratowania i pomocy, dałoby się zapewne odkryć prowadząc badania terenowe, jednak Grabowski broni tezy, iż dziś, po upływie tylu dziesięcioleci, dla historyka ważniejsze są dokumenty bliskie chronologicznie opisywanym czasom, które pozwalają na skonstruowanie obrazu całościowego, choć możliwego do uzupełniania.

Pozostałe zarzuty Bogdana Musiała, z którym Grabowski rozprawia się w jednym akapicie, wydają się zbyt groteskowe (np. niedostateczna znajomość podtarnowskiej gwary...), by się nimi zajmować w naszym omówieniu. To jednak zaledwie przygrywka do rozprawy Jana Grabowskiego z innym publicystą „Plusa Minusa”, Piotrem Gontarczykiem, także z IPN. Badacz ów z niesłychaną polemiczną werwą zaatakował Centrum Badań nad Zagładą Żydów PAN oraz związanego z nim Grabowskiego przy okazji recenzowania książki Jana Tomasza oraz Ireny Grossów „Złote żniwa”.
Ottawski historyk, zwróciwszy na wstępie uwagę na brak jakichkolwiek doświadczeń dr. Gontarczyka w badaniach nad Holokaustem, zauważa następnie liczne przekłamania i nieścisłości w passusach jego artykułu dotyczących „Judenjagd”. Ponieważ jednak publicystyka Piotra Gontarczyka jest niestrawna nawet w postaci omówienia omówień, pozwolimy sobie zainteresowanych odesłać do źródeł...
 

Źródło: Jan Grabowski, Wracając na obrzeża Zagłady, „Rzeczpospolita” , 12 - 13 marca 2011.

do druku

poleć stronę