Recenzje »

Film o prawdzie

Anna Pawlikowska


17-10-2011 / AP

 Wchodzący na polskie ekrany irański zdobywca Złotego Niedźwiedzia, film „Rozstanie” Ashghara Farhadiego, jest niepowtarzalną sposobnością wniknięcia w życie Irańczyków. Wrażenie podobieństwa i wrażenie zupełnej odrębności przeplatają się co chwila.


Kadr z filmu. Ali-Asghar Shahbazi i Peiman Ma’adi /fot. Internet

Kadr z filmu. Ali-Asghar Shahbazi i Peiman Ma’adi /fot. Internet

 Gatunek opowieści rozpoznawalny jest od pierwszej sceny – to dramat sądowy i obyczajowy toczący się wokół sprawy rozwodowej. Wniosła ją żona, chcąc w ten sposób zmusić męża do podjęcia decyzji o wspólnej emigracji – ale też i do tego, aby po kilkunastu latach małżeństwa potwierdził, że nadal ją kocha. On jednak zasłaniając się niemożnością pozostawienia ojca dotkniętego Alzheimerem deklaruje pozostawienie żonie swobody wyboru: zostać w małżeństwie – i w Iranie – albo wyjechać. Bez dziecka, które deklaruje, że chce zostać z ojcem (może dla zatarcia przed zachodnia publicznością faktu, że szariat z zasady przyznaje prawo do dzieci ojcu). Uczucia schodzą na drugi plan, a – jak wolno się domyślać – chory na amnezję starzec jest symbolem ojczyzny, w której życie nie ma sensu, ale której porzucenie nie jest możebne.

Matka przenosi się więc do swojej rodziny w oczekiwaniu na rozwód i wyjazd, a może na jakiś wyraźny gest ze strony męża. Ten zaś, w chaosie rozsypującego się domowego ładu zatrudnia młodą, religijną kobietę do opieki nad ojcem w czasie, kiedy on jest w pracy, a córka w szkole. Kobieta dyżuruje ze swoją małą córeczką, której wyraziste spojrzenie i intensywna, znacząca obecność nasuwa skojarzenie z antycznym chórem, komentującym przebieg wydarzeń.

Sceny domowe, pełne rozgardiaszu gorączkowych dialogów i nieuładzonych, realistycznie ukazanych rekwizytów codzienności, są przesycone czułością. Z ekranu przelewa się na widownię atmosfera napięcia towarzysząca pakowaniu się Simin (Leila Hatami) i desperackiemu przekonywaniu przez Nadera (Peiman Ma’adi) opiekunki, by zgodziła się na tę pracę (wyraźnie bez zgody męża). Milcząca obecność ojca (znakomita rola Ali-Asghara Shahbaziego, nagrodzona w Berlinie Srebrnym Lwem, wraz z całą obsadą filmu) pełni funkcję dramatycznego żywiołu – nieprzewidywalnej siły, z którą muszą się liczyć wszystkie postaci.

Ich perypetie zapętlają się, komplikują. Część wydarzeń toczy się w ciasnym i ludnym pokoiku sądu w Teheranie i na niekończących się korytarzach, zatłoczonych przez ludzi, najwyraźniej koczujących tam godzinami. Sceny sądowe są bodaj największym wstrząsem dla europejskiego widza. Zmęczony sędzia, w koszuli z podwiniętymi rękawami, notujący coś w dużym zeszycie, prowadzi rozmowę z wszystkimi naraz. Strony spierają się przy nim, ale pytanie o prawdę brzmi mocniej niż pytanie o rację.

I kiedy w kluczowej, nokturnowej scenie rozmowy córki (świetna Sarina Farhadi) z ojcem, dziewczyna pyta, czy rzeczywiście nie wiedział o istotnej dla sprawy okoliczności – i zapada pełna napięcia cisza – wiemy już, że to prawda jest głównym bohaterem tego filmu. Świat współczesnego Teheranu jawi się w „Rozstaniu” jako ten, w którym mimo współczesnego sztafażu antyczna tragedia wciąż jest możliwa, bo fundamentalne pytanie o prawdę wciąż budzi ten sam, sakralny respekt. I to ono jest motorem ludzkich poczynań.

Oglądając – z zachwytem – ten nagrodzony i czekający na Oskara film, nie sposób jednak odsunąć wątpliwości. Myślę, że podobne uczucia wzbudzały niegdyś za żelazną kurtyną polskie filmy firmowane przez państwowe wytwórnie PRL-u. Czy „ludzka twarz” ustroju, ukazana w scenach sądowych i uosobiona we wnikliwym, budzącym zaufanie spojrzeniu sędziego, to realistyczny obraz czy wypracowana do spółki z cenzorem propagandowa laurka? Czy osobliwy zwrot akcji – gdy wbrew oczekiwaniom widza prawdziwym sprawcą poronienia młodej kobiety okazuje się nie jej brutalny, fundamentalistycznie religijny mąż, tylko zgoła inny, mechaniczny, a zatem „niewinny” czynnik – także nie jest owocem współpracy scenarzysty z cenzurą?

Te pytania zadaje sobie każdy, kto pamięta zmagania z tym totalitarnym urzędem w czasach komunizmu. Wszystkim zaś, którzy mieliby pokusę, by film Ashghara Farhadiego oglądać bez tego filtra wątpliwości, należałoby przypomnieć los aktorki Marzieh Vafamehr, która za wystąpienie w australijskim filmie bez hidżabu – chusty na głowie – została skazana na rok więzienia i chłostę.

Jak w takim kraju można więc jeszcze robić filmy? To trudne, skrajnie trudne, wydaje się mówić Fahadi. Ale jak wyjechać, skoro trzeba się opiekować starym, pozbawionym pamięci ojcem?

Anna Pawlikowska